„Głowa to dziwka”. O codziennej uważności.
Magda Kołodkiewicz
 

Jedna z moich nauczycielek terapii ujęła to mocno:
„Głowa to dziwka”.

Nazwała wprost to, czego większość z nas boi się przyznać: nasz umysł nie jest naszym sprzymierzeńcem z automatu.

Robi, co chce. Podrzuca nam katastroficzne scenariusze o trzeciej w nocy, przypomina upokorzenia sprzed dekady w środku spotkania biznesowego, każe liczyć kalorie zamiast patrzeć na zachód słońca. Nie dlatego, że nasz mózg jest zły. Dlatego, że taka jest jego praca – przewidywać zagrożenia, szukać wzorców, trzymać nas czujnymi. Problem w tym, że czasem z tym przesadza.

 

Porwanie

Znasz to uczucie? Jedna myśl, pozornie niewinna – „chyba zapomniałam, żeby…” – i dwadzieścia minut później nadal siedzisz w tym samym miejscu ciałem, ale tak naprawdę duchem jesteś już gdzie indziej: w przyszłości, która się jeszcze nie wydarzyła, albo w przeszłości, której nie da się zmienić. Właśnie zostałeś/aś porwana przez własne myśli. Czy dołączyły już do nich nieprzyjemne emocje? Jedziecie razem „po bandzie”?

To jest tylko moment. Myśli – intruzy po prostu przejmują stery, a my orientujemy się dopiero, gdy jesteśmy już daleko od brzegu – od tego, co faktycznie działo się w danej chwili: smaku kawy, dźwięku deszczu, ciężaru własnego oddechu, kontaktu z drugą osobą.

Uważność, w swojej najbardziej praktycznej postaci, nie polega na tym, żeby te myśli powstrzymać. Polega na tym, żeby zauważyć moment porwania odrobinę szybciej niż zwykle. I wrócić.

Moja własna trudność

Mówię o tym z pozycji kogoś, kto długo nie potrafił tego robić. Zanurzenie się w doświadczeniu nigdy nie przychodziło mi łatwo – głowa zawsze była o krok przed ciałem, analizowała, planowała, oceniała, zanim zdążyłam poczuć cokolwiek naprawdę.

Poświęciłam dużą część życia, żeby nauczyć się czegoś, co dzieciom przychodzi bez wysiłku: smakować codzienność. Uczyłam się na nowo korzystać ze wszystkich zmysłów – i to bardzo dosłownie. Jaki jest zapach porannej kawy, zanim pomyślę o kalendarzu? Jaka jest faktura swetra pod palcami? Co słyszę teraz, w tym pokoju, jeśli na chwilę przestanę myśleć o tym, co powiem za pięć minut?

To trwało bardzo długo. Było – i jest – takie żmudne. Nudne. Niewygodne. I to właśnie ta praktyka – wracania, a nie osiągnięcia jakiegoś stanu doskonałej obecności – w końcu mi pomogła.

 

Wolność

W gabinecie widziałam to wielokrotnie: osoby z napadami paniki przekonane, że myśl „zaraz umrę” jest faktem, a nie zdarzeniem umysłowym. Osoby na lekach, które wciąż walczyły z poczuciem, że farmakologia to porażka, zamiast traktować ją jako jedno z narzędzi w większym procesie. Osoby, które zamartwiały się nadmiernie – nie dlatego, że były słabe, tylko dlatego, że ich umysł nauczył się, że zamartwianie daje złudzenie kontroli. Zapracowani, wypaleni pracownicy korporacji, niezdolni do chwili odpoczynku.

U wszystkich punktem zwrotnym nie było zniknięcie trudnych myśli. Było czymś subtelniejszym: zmianą relacji z tymi myślami. Przejściem od „jestem tym, co myślę” do „zauważam, że coś teraz myślę”.

To jedno przesunięcie – z bycia myślą, na obserwowanie myśli – potrafi otworzyć drzwi, które latami wydawały się zamurowane. Nie dlatego, że problem znika. Dlatego, że przestaje być całym światem.

Nie trzeba siedzieć na poduszce

Głupio trochę o tym wszystkim pisać, bo to tzw. bardzo modny temat. Uważność obrosła mitami, otoczką fałszywej duchowości, ezoteryki, „wellbeingu”. Kojarzona bywa z  luksusem, o który dzisiaj trudno:  wolnym czasem, pustym, cichym miejscem, najlepiej z pięknym widokiem na morze, góry, las.

Tymczasem praktyczna uważność mieści się w szczelinach dnia:

  • w trzech oddechach, zanim odbierzemy trudny telefon,
  • w nazwaniu w myślach tego, co robimy w tej sekundzie – „myję naczynia”, „idę po schodach” – zamiast pozwolić umysłowi odpłynąć,
  • w skupieniu na gotowaniu jajka na miękko, jakby od tego zależał los świata
  • w jednym pytaniu zadanym sobie w środku zamartwiania się: „czy to myśl, czy fakt?”,
  • w świadomym powąchaniu jedzenia, zanim je przeżujemy,
  • w zauważeniu, jaka jest temperatura powietrza na skórze, kiedy wychodzimy z domu.

To są sekundy, nie sesje. Ale powtarzane wystarczająco często, budują nowy nawyk uwagi – tak jak trening buduje mięsień.

 

Czego uczą nas książki

Jednym z najtrafniejszych opisów tej praktyki, jaki mnie ostatnio zachwycił (dzięki, Jurek), nie pochodzi z podręcznika psychologii, tylko z powieści. W Szogunie Jamesa Clavella pojawia się scena, w której bohaterka przypomina sobie naukę swojej pierwszej nauczycielki.

Czekając cierpliwie, zmuszała się, by myśleć o przyjemnych rzeczach.

„Zawsze pamiętaj, dziecko” — wpajała jej pierwsza nauczycielka — „że myślenie o złych rzeczach jest naprawdę najłatwiejszą rzeczą na świecie. Jeśli pozostawisz swój umysł samemu sobie, będzie pogrążał cię coraz głębiej w nieszczęściu. Myślenie o dobrych rzeczach wymaga natomiast wysiłku. I właśnie między innymi na tym polega dyscyplina — trening. Naucz więc swój umysł zatrzymywać się przy słodkich zapachach, dotyku tego jedwabiu, delikatnych kroplach deszczu uderzających o papierowe ściany domu, łuku tej kompozycji kwiatowej, spokoju świtu. Z czasem nie będziesz już musiała wkładać w to tyle wysiłku i sama dla siebie staniesz się kimś wartościowym (…)”

To jest, w gruncie rzeczy, definicja treningu uważności wymyślona przez Japończyków na kilkaset lat przed tym, zanim zachodnia psychologia ubrała ją w terminy takie jak „mindfulness”, „uważne kierowanie uwagą” czy „regulacja afektu”. Fragment ten pokazuje trzy rzeczy naraz:

  • że zły kierunek myśli jest domyślny,
  • że dobry kierunek wymaga treningu, a nie talentu,
  • oraz że celem nie jest przyjemność sama w sobie, lecz stabilność – bycie „wartościowym dla samego siebie”.

Jeżeli lubisz czytać i szukasz podobnych instrukcji z „żywej” literatury, nie z podręcznika, zerknij proszę, na spis książek poniżej.

 

Codzienność jako materiał ćwiczebny

Nie potrzebujemy poduszki do medytacji, świątyni ani odosobnienia w górach. Potrzebujemy filiżanki kawy albo herbaty, chodnika, po którym idziemy do pracy, rozmowy z dzieckiem, które ciągnie nas za rękaw. Uważność to nie ucieczka od codzienności – to powrót do niej, z pełną obecnością zmysłów, zamiast z głową gdzieś indziej.

Głowa naprawdę bywa dziwką. Ale to nie oznacza, że jesteśmy jej zakładnikami. Oznacza tylko, że – tak jak każdy trudny, ale lojalny towarzysz podróży – wymaga cierpliwego, powtarzanego dnia po dniu treningu, żeby zamiast prowadzić nas w spiralę, mogła w końcu zaprowadzić nas do domu.

 

Inspiracje

 

Virginia Woolf, Pani Dalloway
Clarissa Dalloway, idąc rano ulicami Londynu po kwiaty, nagle w pełni odczuwa czerwcowy poranek — chłód powietrza, plusk fal (choć jest w mieście, nie nad morzem), poczucie bycia częścią czegoś większego. Woolf kontrastuje te przebłyski pełnej obecności z resztą dnia bohaterki, spędzoną w martwieniu się o przyjęcie, opinie innych, przeszłość.

Annie Dillard, Pielgrzym nad Tinker Creek
Dillard opisuje moment, w którym siedząc nad strumieniem, przestaje analizować to, co widzi, i po prostu patrzy — aż w pewnym momencie „znika” jako obserwator i zostaje tylko widzenie. Nazywa to później stanem, w którym cały aparat interpretacyjny umysłu na chwilę się wyłącza.

David Foster Wallace, This Is Water (mowa wygłoszona do studentów, 2005)
To nie powieść, tylko krótkie przemówienie. Wallace mówi wprost: domyślnym trybem ludzkiego umysłu jest patrzenie na świat z perspektywy „ja, teraz, natychmiast” — irytacja w kolejce w supermarkecie, poczucie, że wszyscy inni są przeszkodą. Jego teza: świadomość, że mamy wybór, na czym skupić uwagę, to jedyna prawdziwa wolność, jaką dysponujemy w codziennych, nudnych momentach. Zaskakujące jest to, że mówi to bez żadnego duchowego sztafażu — chłodno, ironicznie, prawie cynicznie.

Ruth Ozeki, Opowieść dla istoty żyjącej w czasie (A Tale for the Time Being)
Współczesna powieść, w której nastoletnia bohaterka z Tokio dosłownie praktykuje zazen w klasztorze, a autorka (sama buddyjska mniszka) wplata techniki uważności bezpośrednio w fabułę — łącznie ze scenami, w których bohaterka uczy się siedzieć z nieznośnie nudną, powtarzalną myślą, zamiast z nią walczyć.

George Saunders, Lincoln w bardo
Zaskakujący, bo z zupełnie innej strony: duchy uwięzione w cmentarnym czyśćcu bezustannie powtarzają w kółko te same żale i urazy sprzed śmierci — nie potrafią się od nich uwolnić. To niemal dosłowna, literacka ilustracja tego, czym jest ruminacja i pułapka automatycznych myśli, tylko podana jako metafora zaświatów, nie psychologii.

Jenny Offill, Wydział Spekulacji (Dept. of Speculation)
Powieść napisana w urywkach, jak notatki — bohaterka, żona i matka, rejestruje strzępy obserwacji (kolor nieba, zdanie usłyszane w metrze) przeplatane z narastającym niepokojem o małżeństwo. Sama forma książki naśladuje umysł, który skacze między obecnością a spiralą zamartwiania się.

Karl Ove Knausgård, Moja walka
Sześciotomowa, drobiazgowa epopeja o robieniu prania i parzeniu kawy — ale właśnie ta obsesyjna dokładność w opisywaniu banalnych czynności działa jak trening uważności czytelnika: zmusza do zwolnienia i zauważania tego, co zwykle przelatuje niezauważone. No dobra. Dla koneserów. 🙂